Japonia ma ogromny rynek filmów dla dorosłych, ale od lat opiera go garstka mężczyzn: 70 aktorów przypada na 10 000 aktorek.
Japońska branża AV od dawna uchodzi za jedną z największych na świecie, a w zachodnich mediach jej wartość bywa szacowana na około 20 miliardów dolarów. Za imponującą skalą rynku kryje się jednak problem, który regularnie wraca w rozmowach o kulisach tej branży: ogromna dysproporcja między liczbą aktorek a liczbą mężczyzn pracujących przed kamerą. Od lat funkcjonuje szacunek mówiący o około 70 aktywnych męskich wykonawcach wobec nawet 10 tysięcy kobiet. To liczby, które rozsławił Ken Shimizu, znany jako Shimiken, i które do dziś są powtarzane jako symbol strukturalnego braku równowagi.
To właśnie Shimiken już ponad dekadę temu zwracał uwagę, że mężczyzn w tej branży jest tak mało, iż są niemal rzadszym zasobem niż egzotyczne zwierzęta. W wywiadach i relacjach prasowych mówił, że przy tysiącach nowych produkcji i bardzo wysokim tempie pracy cała branża opiera się na niewielkiej grupie doświadczonych nazwisk, które są w stanie utrzymać odpowiednią dyspozycję, rytm i dostępność. Według opisywanego przez niego modelu to właśnie mężczyźni są jednym z najbardziej deficytowych elementów całego systemu.
Garstka ludzi obsługuje przemysł nastawiony na masową produkcję
Sedno problemu nie polega wyłącznie na samej dysproporcji liczbowej, ale na tym, że rynek działa w logice bardzo dużej produkcji. W medialnych opisach tego sektora od lat przewija się liczba kilku tysięcy nowych tytułów miesięcznie. Jeżeli zestawić taki wolumen z niewielką grupą mężczyzn gotowych regularnie pracować na planach, łatwo zrozumieć, dlaczego branża stale krąży wokół tych samych nazwisk i dlaczego temat przeciążenia wraca jak bumerang.
W praktyce oznacza to, że najbardziej rozpoznawalni wykonawcy nie tylko są stale obecni, ale wręcz stają się filarem całego modelu produkcyjnego. Im większa skala rynku, tym bardziej rośnie znaczenie ludzi, którzy są sprawdzeni, dyspozycyjni i przewidywalni z punktu widzenia studia. Dla producentów to wygoda i mniejsze ryzyko. Dla samych wykonawców to natomiast ogromna presja, bo zbyt mała liczba nowych twarzy sprawia, że odpoczynek czy ograniczenie pracy nie zawsze jest realną opcją.
Dlaczego tak mało mężczyzn chce tak pracować
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że w tak dużej branży chętnych nie powinno brakować. Problem polega na tym, że wejście do tego świata wymaga znacznie więcej niż samej gotowości do wystąpienia przed kamerą. W wywiadach o japońskim rynku AV regularnie pojawiają się trzy bariery: obciążenie fizyczne, pełna dyspozycyjność oraz piętno społeczne, które może ciągnąć się za człowiekiem przez lata.
Mężczyzna w tym środowisku musi nie tylko utrzymywać wysoką formę i odporność na rytm pracy, ale też godzić się z tym, że taka ścieżka zawodowa może zamknąć część drzwi w zwykłym życiu zawodowym. W Japonii, gdzie wizerunek społeczny i prywatność mają ogromne znaczenie, taka decyzja nie jest neutralna. Dochodzą do tego kwestie anonimowości, przyszłych relacji i zwykłego lęku przed społeczną oceną. Z tego powodu wiele osób, które teoretycznie mogłyby spróbować, po prostu odpuszcza.
Zupełnie inaczej wygląda strona kobieca, bo tam dopływ nowych twarzy od lat jest znacznie większy. To właśnie ta asymetria sprawia, że cała branża może utrzymywać wysoką podaż treści, ale równocześnie stale odbija się od tego samego wąskiego gardła. Z zewnątrz wszystko wygląda jak dobrze naoliwiona maszyna, jednak w środku system jest zaskakująco kruchy, bo zbyt wiele zależy od zbyt małej grupy ludzi.
To także wpływa na sam charakter rynku. Kiedy niewielka grupa mężczyzn przez długi czas obsługuje ogromny wolumen produkcji, ogranicza się przestrzeń dla świeżej rotacji i większej różnorodności. Nowi wykonawcy mają trudniej z wejściem, bo studia wolą stawiać na sprawdzone nazwiska. W efekcie powstaje zamknięte koło: mało ludzi wchodzi, bo rynek jest trudny, a rynek pozostaje trudny, bo wciąż opiera się na tej samej grupie.
